swoją drogą

Z Afryki zapiski (9): Ta ostatnia niedziela…

Dwa tygodnie minęły od powrotu z Conakry. Czas wykrystalizował pamięć. Niektóre obrazy zostały i zostaną na długo. Z każdym dniem coraz bardziej doceniam to, gdzie byłem, co zobaczyłem i czego doświadczyłem….

1.

Tego ostatniego dnia w stolicy Gwinei nie miałem nic do zrobienia, nic do zobaczenia, dałem się więc porwać nurtowi ulicy.

Z Afryki zapiski (9): Ta ostatnia niedziela... 1

Żywioł afrykańskiego miasta jest wszechogarniający. Oczywiście wolno przemieszczając się wzbudzam sensację. Foto! Foto! – Słyszę prawie wszędzie.

Z Afryki zapiski (9): Ta ostatnia niedziela... 2

Patrząc z dystansu dwóch tygodni na takie zdjęcie, myślę sobie, że szkoda, że nie zatrzymałem się na dłużej, nie zagadałem… Ale pamiętam, że na miejscu tych ludzi, którzy wręcz sami prosili o zdjęcia było tak wielu, że po zrobieniu im zdjęcia – ku ich autentycznej radości – zdarzało mi się kasować foty z pamięci aparatu… A teraz trochę tego żałuję 🙂

2.

Zaczepił mnie sympatyczny facet po drugiej stronie ulicy. Okazało się, że Berry jest lokalnym biznesmenem, całkiem całkiem radzącym sobie po angielsku. Szybko stał się moim krótkoterminowym, szczodrym przewodnikiem. 

Z Afryki zapiski (9): Ta ostatnia niedziela... 3

Zaprosił na kawę (czyli oddał mi swoją oryginalną nescafe, którą trzymał w torebeczce w kieszeni!), zapytał o cenę transportu polskiego piwa i miodu do Gwinei, zawiózł do następnej kawiarni i na wielki acz nigdy-nie-otwarty (dlaczego???) stadion. Najwyraźniej sprawiało mu przyjemność, że mógł pokazać mi coś ciekawego w mieście, w którym szczerze mówiąc nie ma nic ciekawego (i to jest w nim właśnie najbardziej ciekawe!). Wymieniliśmy się kontaktami. Myślę, że wzajemnie zapamiętaliśmy to przypadkowe spotkanie.

3.

A więc język! Komunikacja. Zrozumienie. Co za banał. Naiwnie liczyłem, że mój lichutki francuski wystarczy. Nie wystarczył. Zwłaszcza, że tutejszy jest cały przesiąknięty afrykańskim akcentem. Tajskiego też nie znałem, ale angielski jest w Tajlandii pierwszym obcym. W Iranie kto może też uczy się angielskiego. Na Sri Lance to język urzędowy… Na Ukrainie, w Armenii czy Gruzji pomoże rosyjski… Ale we frankofońskiej Afryce tylko francuski – i to raczej biegły i przećwiczony… 🙂 Tyle mnie ominęło ciekawych rozmów, tyle nienawiązanych przyjaźni. Nie pogadaliśmy sobie za wiele w tej Afryce.

4.

Jest gorąco. Bardzo gorąco. Bardzo bardzo gorąco. Chyba po to, żebym po powrocie do Polski odczuł prawdziwą różnicę światów (i klimatów). Obok mnie przebiegają wielkie (ok, większe niż małe) jaszczury, szybkie są gadziny, nie proszą o zdjęcia, nie czekają na ustawienie aparatu, niestety 🙁  Co utkwi mi w pamięci? Rdzawy kurz. Nerwowe manewry motocykli i żółtych zrujnowanych taksówek. Ostre słońce. Może jednak lepiej było zmienić obuwie i nie pchać się na miasto w klapkach?

Z Afryki zapiski (9): Ta ostatnia niedziela... 4

5.

Domyśliłem się i nie pomyliłem, że za ponuro ciężkimi drzwiami znajdę sklep alkoholowy. W tym afrykańskim skwarze naprawdę marzyłem o zimnym piwie. Wewnątrz klimatyzacja szalała na maxa (co raczej jest tu rzadkością), było rzeczywiście ponuro i ciemno. Raczej night club za dnia, niż sklep. Ale piwo jest, zimne. Ktoś wskazuje mi stolik, ale ja wolę od strony ulicy, choć tam skwar i rój wścibskich much.

Z Afryki zapiski (9): Ta ostatnia niedziela... 5

Sączę piwo. Kobieta siedząca obok w kucki nienachalnie pyta, czy nie chciałbym czegoś zjeść. Chciałbym! Biorę rybę z ryżem. Proste i smaczne. Co prawda muszę odganiać te natrętne muchy ale chłonę niezapomnianą atmosferę Conakry. Tak: to miejsce, to piwo, ta ryba, ten skwar, ta niespieszna atmosfera zapisały się pięknie na moim twardym dysku… 🙂 Muchy i nieśmiało przebiegający szczura też.

6.

Wracam do „domu”, do dzielnicy Lambanyi, gdzie mieszka Mohamed. Po zrobieniu 16 km w klapkach marzę o plastrach na stopy i zmianie obuwia. Fajnie, zostało mi jeszcze 90 tys. gwinejskich franków (czyli ok. 9 euro)! Trzeba je jakoś wydać przed odlotem. Mohamed zaprasza swoich kolegów i razem idziemy na pieczonego kurczaka i piwo… Tak, jem kurczaka, choć od 2,5 lat nie jem mięsa! Cóż, w dalekich podróżach muszę robię sobie dyspensę od wegetarianizmu, bo w tych światach kultywując rygorystyczne vege umarłbym z głodu. A koledzy super. Speaking English – co za przyjemność i ulga!

Z Afryki zapiski (9): Ta ostatnia niedziela... 6

Jest super, bo możemy podyskutować o Gwinei, świecie, życiu, podróżach… Tak jak ostatniej nocy w Teheranie, żałuję w tym momencie bardzo, że już wyjeżdżam. Kocham takie chwile. Kocham tę przelotną bliskość z obcymi ludźmi. Dla nich podróżuję.

7.

Najwyższy czas pożegnać się z Zachodnią Afryką 🙂 Nie będę zanudzał nikogo moimi refleksjami na koniec. Powiem tylko: było warto! Ale na następne kierunki wybiorę chyba znowu Azję, może wrócę do Iranu?

Z Afryki zapiski (9): Ta ostatnia niedziela... 7

No i na koniec w ramach podsumowania parę liczb:

Km po kraju: 950

Km na piechotę: 130 (wliczając Lizbonę)

Nieprzyjemnych (w sumie trochę ekscytujących) sytuacji: 1

Środków lokomocji: taxi, moto-taxi, bush-taxi, łódź długa, łódź krótka, auto prywatne – łącznie: 6

Chwil, kiedy pomyślałem jestem w raju: 1

Chwil, kiedy pomyślałem, jestem w dupie: 1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.