swoją drogą

Z podróży zapiski (2). Jestem…

Dzień drugi (choć tak naprawdę ciągle pierwszy)…

1.

Dotarcie na miejsce w Konakry bez pomocy Mohameda na pewno by się nie udało. Zagubiony zostałbym gdzieś tam, pożarty przez gotówkożądnych taksówkarzy…

Lotnisko w Konakry jest rzeczywiście niepodobne do żadnego innego mi znanego. Dość powiedzieć, że z przylotów do „hali” lotniska idzie się korytarzem i mostkiem nad ulicą. Sama zaś hala to mały prowincjonalny dworzec, nic więcej. Muszę jednak podkreślić, że odprawa celna i graniczna przebiegła absolutnie bez żadnych kłopotów. Nikt nawet nie poprosił mnie o żółtą książeczkę szczepień, ani nie zaglądał do mojego plecaka.

Kolejnym miłym zaskoczeniem, wbrew różnym wskazówkom wyczytanym w blogosferze, w hali lotniska jest bankomat (a nawet dwa) i bez problemu można wypłacić  franki gwinejskie  z revoluta! Pamiętać tylko trzeba, że taksówka do miasta okaże się na pewno koszmarnie droga, ale tak jest zawsze, gdy nie ma żadnej innej opcji dotarcia do miasta. Mój kurs kosztował 150 000 fr., czyli około 15 €. I tak pierwsza cena wynosiła 40 €, więc coś tam jednak utargowałem.

2.

Jechaliśmy zdezelowanym pegueotem nieoświetlonymi ulicami zalanymi tropikalną ulewą, przez głębokie kałuże i wyrwy w drodze. Kierowca co chwilę przecierał szmatą zaparowaną szybę ale i tak zakładam, że prawie nic nie widział. Dojechaliśmy jednak cało i szczęśliwie niemal pod samą bramę, przy której czekał w deszczu Mohamed. Nigdy bym tu sam nie trafił, a sam taksówkarz kilkukrotnie dzwonił do niego po kolejne instrukcje. Trzeba wiedzieć, że w tym zakątku globu niegłówne ulice nie mają żadnej nazwy… Mieszkanie Mohameda, który szczodrze przyjął mnie na noc, okazało się jednym małym pokoikiem, do połowy zajętym rozłożonym na podłodze materacem, na którym spał już jego młodszy brat. Nieoceniona jest jego gościnność! 

Z podróży zapiski (2). Jestem... 1Chwilkę porozmawialiśmy, zdążyłem wręczyć mały prezent, który kupiłem w Lizbonie, po czym Mohamed wskazał mi drugą połowę materaca, a sam… położył się na dywanie obok. Zasnąłem bardzo szybko.

3.

Rano było już trochę lepiej. Szybko zaadoptowałem się do spartańskich warunków, trochę przepakowałem i prowadzony przez Mohameda ruszyłem zdobywać stolicę Gwinei. Jest surowo, biednie, brudno, ale z drugiej strony przyjaźnie, ciekawie, inaczej. Przecież po to się człowiek wybiera za wielką wodę. Miało być wyjście poza strefę komfortu?

4.

Większość ludzi cieszy się, gdy robię im zdjęcia, dzieciaki wręcz biegną, by przyjąć wesołe pozy, ale są oczywiście i tacy, którzy machają ręką z dezaprobatą. Jednym nie trzeba się zrażać: krzykliwy głos i groźna mina może oznaczać, że ktoś jest oburzony, że jeszcze mu (lub jej) jeszcze nie zrobiłeś zdjęcia 😉

Z podróży zapiski (2). Jestem... 2

5.

Mohamed zaprowadził mnie na plażę, która o zgrozo wygląda jak zdjęcie obrazujące katastrofę śmieciową na świecie. Nie ma słowa przesady w tym, że odcinkami plaży nie ma, w jej miejscu jest wylewisko śmieci. I na pewno nie są to tylko śmieci gwinejskie, o nie! Straszny widok i jeszcze straszniejsze myśli o wcale nieodległej przyszłości świata… Gwinejskie piwo w „beach barze” było podłe.

Z podróży zapiski (2). Jestem... 3

6.

Poszliśmy stamtąd do osady rybackiej… Nigdy bym się tam sam nie zapuścił. Nie z przerażenia, tylko obawy że ktoś mnie weźmie za „fotografa biedy”… Czy jestem fotografem biedy? Nie mnie oceniać. Trzeba by było głębiej popytać, co mnie pcha w takie miejsca… Wszedłem jednak między budy i baraki z respektem dla ludzi, uważając pod nogi, uśmiechając się do każdego, kogo mijałem. Ale zaskakująco nikt nie miał do mnie pretensji, że fotografuję ich nadzwyczaj skromne domostwa i zrujnowane łodzie. 

Z podróży zapiski (2). Jestem... 4Wręcz przeciwnie. Kobiety patroszące ryby domagały się głośno fotografii portretowej 🙂

Z podróży zapiski (2). Jestem... 5

7.

W trakcie meczu rozgrywanego na autentycznym klepisku szybko stałem się bohaterem wieczoru. Od trenera drużyny dostałem honorowe miejsce z samego przodu, za co rewanżowałem się dziesiątkami fotografii: zawodników, całej drużyny, widzów, dzieciarni, nawet spikerowi komentującemu mecz przez megafon 🙂
Fajnie było oglądać ich radosne zaangażowanie, przy czym nawet ich trener raczej wybuchał śmiechem niż złością… Pezecież to tylko zabawa, n’est ça pas? Wydaje się – nieskromnie powiem – że moja obecność z aparatem i zdjęcia stanowiła dla nich autentyczną nobilitację. Starałem się nie wypaść z roli…

Z podróży zapiski (2). Jestem... 6

8.

Wieczorem jeszcze jedna wyczekiwana atrakcja: nocny klub z afrykańską muzyką live. Ba! Koncert okazał się występem jubileuszowym znanego gwinejskiego muzyka, który zaprosił do mikrofonu wiele gwiazd Conakry. W małym namiocie zebrała się istna śmietanka gości. I ja, jedyny nie-lokales. Musiałem nawet zaśpiewać do mikrofonu! A zaraz po mnie największa gwiazda gwinejskiego reagge! Niecodzienna historia! Nie-codzienna ta historia jednego dnia… Mohamed – dziękuję!

2 odpowiedzi do artykułu “Z podróży zapiski (2). Jestem…

  1. Kj

    Widzisz Grzegorz, ten ostatni wpis ze zaspiewales na glos swoja piosenke w afryce!!! To. Jest to!!!
    Ten mement pamietaj najbardziej!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.